Mateusz Franke

Double h-moll - J.S. Bach

Dim lights

 


Mateusz Franke

Concierto de Aranjuez - cz III

Dim lights

 


Mateusz Franke

Walc Wenezuelski nr 2 - A. Lauro

Dim lights

 


Natalia Pasterak

„Warto istnieć! Żeby poznać świat, kochać kogoś, być czyimś przyjacielem lub po prostu być komuś pomocnym” Tadeusz Kotarbiński

(II miejsce w konkursie literackim w ramach akcji „Kalendarz w każdej klasie”)

Dawno dawno temu, gdzieś na końcu świata, pośród niechlujnych skrawków lasów i jezior piętrzył się olbrzymi masyw góry Asterias. U jego podnóży przycupnęła mała osada o tej samej nazwie, wyblakła i pozbawiona wyrazu. Osobliwością, nadającą jej odrobinę kolorytu była Legenda. Legenda, którą znał każdy mieszkaniec, która zdawała się być jedynym czynnikiem utrzymującym ich przy życiu. Opowiadała o nieprzebranych bogactwach, zgromadzonych na szczycie góry, o skarbach niedających się zliczyć ani pojąć. Dawała ludziom nadzieję, jednocześnie będąc tragedią tych, którzy po skarb sięgnąć próbowali, a znaleźli jedynie śmierć na stromych stokach.

Mieszkało tam dwóch śmiałków, młodych i żądnych przygód. Zwali się Istaris i Karenes i darzyli się nienawiścią tak gorącą, jaka towarzyszyć może jedynie ludziom dążącym do niepodzielnego celu. Kiedy tylko osiągnęli wiek męski, stanęli u podnóża Asteriasu gotowi na zaciekłą rywalizację, lecz okrutny los zadrwił z obu. Gdy stali tak obok siebie ramię w ramię stała się rzecz przedziwna - ręce ich niezwykłą jakąś mocą poczęły stapiać się w jedno, jakby nigdy wcześniej nie tworzyły odrębnych całości. Przerażenie i wściekłość ogarnęły młodzieńców, lecz nawet w obliczu zjawiska tak nieprawdopodobnego nie zaniechali myśli o skarbie, wręcz przeciwnie, rozpaliła się ona w nich podwójnym ogniem. I wyruszyli tak, Istaris i Karenes, dwaj wrogowie zrośnięci w jedno.

Szli wiele dni, nie zamieniając ze sobą nawet jednego słowa, aż do czasu, gdy teren stał się zbyt stromy i niebezpieczny. Wtedy chcąc nie chcąc musieli zacząć współpracować, dzieląc strach i trud na dwoje. Kiedy słabszy Istaris opadał z sił, Karenes poił go i opatrywał jego poranione stopy, gdyż kulawy towarzysz przeszkadzał mu w podróży. Z czasem, gdzieś na poszarpanych skałach, wśród wycia nocnego wichru uleciała z nich nienawiść i zostało tylko zmęczenie.

A potem doszli na szczyt, skrwawieni i wychudzeni. A na szczycie nie było nic. Tylko wiatr i przestrzeń. I usiedli tak na głazie, wspierając się o siebie nawzajem, a w ich sercach było nieprzebrane bogactwo, a w duszach mieli skarby, których nie dało się zliczyć ani pojąć. I siedzieli tak, wpatrzeni w zachód słońca Istaris i Karenes - dwaj przyjaciele, którzy znaleźli skarb.

 

 

Marta Tulejska
Warto istnieć!

(I miejsce w konkursie literackim w ramach akcji „Kalendarz w każdej klasie”)

Słona strużka Miłości spływała po jej ręce odciskając na skórze niewypowiedziane nigdy pocałunki, które staczały się w objęcia ziemi i kończyły swój żywot z cichym szelestem unicestwienia na długo przed tym, nim zdążyły ożywić nieruchome wargi pełne obietnic. Każde spojrzenie gasnących oczu rozbrzmiewało nową pieśnią w jego sercu, trącało delikatnie najcieńszą strunę duszy, która zaczynała swój natarczywy szept, by po chwili przerodzić się w błagalną modlitwę o.

Siedzieli na ławce w milczeniu, otoczeni zapachem wiatru, dojrzewających jabłek i zasuszonych kwiatów wspomnień: morza trawy pod stopami, gdy tonęli wśród oszałamiającej zieleni wiosny; szarego nieba płaczącego za umierającym latem, a jednak już po chwili witającego jesień symfonią siedmiu barw; siwego mrozu - wybitnego impresjonisty tworzącego na szkle zimowe historie, opowiadane potem przy akompaniamencie wesołego trzaskania ognia w kominku... "Kocham cię". Nieruchome oczy wpatrywały się w niego w milczeniu i bez zrozumienia, a jednak powtórzył z mocą: "Kocham cię, kocham, kocham...".

- Piękna ta Miłość - mówili jedni.

- Głupia ta miłość - myśleli drudzy.

A Ona - skurczona chorobą szaro - blada kukiełka w rękach lekarzy- unosiła z niedowierzaniem łysą głowę i przyglądała się przechodniom z niemą dezaprobatą. Chude ramiona drgnęły i już po chwili wystrzeliły w jego kierunku, a spragnione tylu słów usta wyszeptały miękko jeden wyraz: "Bądź!". Owo krótkie zdanie wędrowało po ścieżkach jego umysłu wciąż rozbrzmiewając echem, nie dając o sobie zapomnieć.

I został. Ściskając w ramionach każdą sekundę swojego życia powtarzał: "Warto istnieć!".